Bez względu na to, jak daleko Andrzej Żuławski przekroczył granice dobrego smaku w swoim "Nocniku", zakaz rozpowszechniania fikcji literackiej stawia, w moim przekonaniu, pod znakiem zapytania skromny dorobek naszej młodej demokracji. Pojęcie wolności słowa zaczynają w Polsce definiować sądy. W obronie celebrytów (pozew złożyła Weronika Rosati) i wielkich korporacji (słynny przykład filmu o Amwayu, który wywalczył w sądzie zakaz rozpowszechniania). Poniżej fragment recenzji z Polityki.
"Przeplatając erudycyjne połajanki na temat tłumaczeń m.in. dzienników Jüngera, lejtmotywem swego pisania czyni lament z powodu odejścia młodej kochanki (występującej pod pseudonimem Esterka). Nazywając ją „małą kurewką” oraz „ślicznym ścierwem”, użala się, że najlepsza jest w rozpinaniu rozporków. Co lubi autor? Niepoczytalność, która jego zdaniem staje się dokumentem rzetelności. Czym jest ta książka? Obrazoburczym samogwałtem, wytryskiem złości, pawiem rzuconym na autorytety ku uciesze gawiedzi. Sednem „Nocnika” ma być kupa – jak stwierdza sam autor. I jest." (Janusz Wróblewski) http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/recenzjeksiazek/1504134,1,nocnik-zulawskiego-czyli-kupa-w-salonie.read


Bo w PRL bis Cenzura ma sie dobrze.
Dopuszczona jest tylko Propaganda Sukcesu.
Wystarczy oczytac w MM Szczecin wpisy i komentarze Cenzorów,piesków Władzy.