7.50 jadę sobie ul. Stalmacha. Dziury, wyboje, połowa nawierzchni zorana. Ograniczenie do 30 i zwężenie jezdni. Tym razem nie siedzę za kierownicą. Mój kierowca jedzie zgodnie z przepisami, co w duchu doprowadza mnie do szewskiej pasji... "No ja cie nie mogę! - myślę. - Gazu facet, gazu trochę, bo w ogóle nie zdążymy."
Kiedy słowa cisną mi się już na światło dzienne, wyprzedzają nas kolejno 3 auta. Poddaję się. Po co się z rana denerwować.
Tuż za zakrętem, za stocznią, na ul. Firlika samochody, które przed chwilą śmignęły mi przez szybę, stoją. Nagle ze srebrnej vectry wysiada pan w biało-granatowej czapeczce, zamaszystym ruchem wyciąga czerwone kółko na białym patyczku i pokazuje groźnie wlepiając wzrok "Ty, i ty...".
My nie :)
Dalsza podróż przeszła mi na dziękowaniu Panu, że nie podjęłam tematu dotyczącego jazdy "mojego kierowcy" i na wysłuchiwaniu elboratu pt. "Jak to trzeba jeździć zgodnie z przepisami i jak to się później opłaca" :)
Milczałam.


mieli taki limit?:)
nie sądzę, żeby mieli limity w takich sprawach. Propagujmy tezę, że opłaca się jeździć zgodnie z przepisami