Świetny film o złoczyńcy, który budował swoją potęgę jak po sznurku z podręcznika o strategii kreacji marki. Uwaga! Mocno idealizujący tytułowego bohatera.
Frank Lucas, postać prawdziwa, (w filmie gra go Denzel Washington) jest kierowcą i odźwiernym Bumpy'ego, gangstera starszej daty, "z zasadami", który w latach 70. trzymał Harlem w garści, a co bardziej spostrzegawczy pamiętają jego osobę także z "Shafta" (tego oryginalnego, nie z Samuelem L. Jacksonem - inni gangsterzy porwali mu córkę, a Shaft jej szukał). Bumpy umiera, Frank Lucas jest nikim i na pogrzebie wszyscy gangsterzy się nad nim litują. Okazuje się, że przedwcześnie, bo gość ma na siebie pomysł i jest bardziej bezwzględny niż inni. Tym pomysłem jest szmugiel czystej heroiny z okolic ogarniętego wojną Wietnamu w trumnach amerykańskich żołnierzy. I w ten prosty sposób Lucas wchodzi na rynek. Dyskretnie, ostrożnie, z pomocą najbliższej, zaufanej rodziny, którą ściągnął z amerykańskiej prowincji.
Starannie dobiera współpracowników, sam sprawdza na ulicy pracę dilerów, negocjuje ceny, rozmawia z mafią, opłaca policję. Przy czym regularnie chodzi z rodziną do kościoła, nie szwęda się po lokalach ze striptizem, wspiera lokalną społeczność, ma jedną kobietę, a w niedzielę je rodzinne obiady. Krótko mówiąc dba o swój wizerunek, który reżyser z pietyzmem pokazuje i zza kadru w pewnym sensie każe go nam podziwiać. Fakt, że kontrastuje go szybkimi migawkami z ulicy, gdzie czarni bracia ćpają, zabijają się dla narkotyku, umierają, osierocają swoje dzieci. Ale pierwsze skrzypce gra tu amerykański gangster i jego mit.
I to przede wszystkim jest w filmie uderzające. Zadziwia mnie ta gloryfikacja przestępców a Hollywood zawsze był na nią podatny. Pamiętam, jak Raczek z Kałużyńskim puszczali wieczorami filmy z Humphreyem Bogartem i Jamesem Cagneyem, kiedy w finale aż żal się robiło osaczonego przez policję gangstera. Potęga gangów to także filmy Martina Scorsese, to "Dawno temu w Ameryce" Sergio Leone, gdzie los bohaterów ma swoje źródło w ciężkim dzieciństwie. Klasyki kina, w których świat bandziorów pokazany jest z chłopięcą fascynacją, ale jego upadek pozostaje nieunikniony. Podobnie jest ze światem Lucasa, którego ostatecznie wykończył glina grany przez Russela Crowe.
Polecam film z wielu powodów. Lata 70. to funk i świetne kluby, których w filmie jest sporo, to drobiazgowo pokazana ówczesna rzeczywistość w getcie, celny rzut oka na mafię i reguły gry, no i duet Crowe kontra Washington. Naprawdę dobra komera.
American Gangster
Jarek_Jaz
X Miejsce w rankingu
- Artykuły: 21
- Wpisów na blogu: 40
- Komentarzy: 380
- Miejsc na mapie: 150


wszystkie amerykanskie "biografie" takie wlasnie sa... zmieniaja prawie ze calkowicie postac poto zeby widz ja kochal:) to samo bylo np z pieknym umyslem gdzie zapomnieli dodac iz postac J.Nasha grana przez Crowe'a ktora tak wszytskich wzruszyla w rzeczywistosci byla chorym potworem zdradzajacym swoja zone z mezczyznami i kobietami, nienawidzacym czarnych i zydów itd. ale film byl dobry i jednak podobal sie wiekszosci podobnie jak american gangster
jak np. Michael Moore w swoich (para)dokumentalnych filmach, w których manipuluje faktami nie gorzej niż radziecka propaganda, czy Polska Kronika Filmowa.